
Wystarczy przejechać przez Stare Siołkowice w odpowiednim czasie, by zobaczyć coś, czego nie spotyka się w wielu innych miejscowościach. W oknach domów, na balkonach, płotach i przydomowych aranżacjach pojawiają się kolorowe lalki. Jedne są wystrojone jak dawne panienki, inne przypominają współczesne Barbie, bobasy czy szmaciane lalki. Wszystkie mają jednak wspólną nazwę – marzanki.
Nie są to dekoracje wielkanocne. Nie chodzi też o Marzannę, którą w wielu miejscach symbolicznie żegna się zimę. Siołkowicka marzanka ma własną historię, własne znaczenie i własne miejsce w lokalnej tradycji.
I co najciekawsze – przez lata była także swego rodzaju… ogłoszeniem matrymonialnym.
Lalka w oknie była wiadomością
Dawniej marzankę wystawiały przede wszystkim domy, w których mieszkały dziewczynki, a później – panny na wydaniu. Lalka była ubrana w najładniejszą sukienkę, umieszczana na tle zielonego, przystrojonego gaika i mocowana w oknie.
Dla mieszkańców wsi taki widok był czytelnym znakiem: w tym domu jest dziewczyna, która może w przyszłości zostać czyjąś żoną. W Starych Siołkowicach do dziś przekazywane jest powiedzenie: „Zgniylol dziywka byla, bo marzanki nie ustrojyla”. Dosłownie można je rozumieć jako komentarz do dziewczyny, która nie wystawiła marzanki. Za tym prostym zdaniem kryło się jednak coś więcej. Brak lalki mógł być dawniej odczytywany jako oznaka lenistwa albo braku gospodarności.
– Marzanki i marzołki to zwyczaj, który kiedyś był bardzo popularny w naszej miejscowości – wspomina wieloletnia prezes Stowarzyszenia „Stare Siołkowice” Anna Nawrot. – Lalki pojawiały się w domach, w których mieszkały panny na wydaniu. Mówiono nawet, że dziewczyna nie wyszła za mąż, bo nie postawiła marzanki w oknie. Z biegiem lat ta tradycja zaczęła zanikać, dlatego postanowiliśmy ją ożywić. Chcemy, aby młodsze pokolenia poznały dawne zwyczaje i historię naszej miejscowości, a mieszkańcy mogli wspólnie pielęgnować lokalne dziedzictwo.
Dziś nikt oczywiście nie traktuje marzanki jako poważnego testu przyszłej gospodyni. Dawny zwyczaj przetrwał jednak w znacznie łagodniejszej i bardziej radosnej formie.
Jedna lalka, wiele znaczeń
Marzanka nie była przypadkowo ustawiana przy zielonej gałązce. Dawniej jej strojenie łączyło się z symboliką wiosny i budzącej się przyrody. Zielony goik był znakiem życia, które po zimie zaczynało się odradzać.
Zwyczaj wystawiania marzanek znany był na Górnym Śląsku już przed II wojną światową. Niemieccy badacze folkloru wspominali, że należał on do coraz rzadszych już wtedy zwyczajów. Znano go między innymi w okolicach Raciborza i Gliwic, a także w Siołkowicach.
Dokładnie skąd tutaj przywędrował – tego dziś nie wiadomo. Możliwe, że był częścią szerszego kręgu śląskich zwyczajów, które wędrowały między miejscowościami i przez pokolenia przybierały własne formy.
Zachowane fotografie pozwalają jednak przesunąć historię siołkowickich marzanek o wiele dalej niż pamięć współczesnych mieszkańców. Według lokalnych społeczników najstarsze zachowane zdjęcia potwierdzają obecność zwyczaju co najmniej od 1914 roku.
Na jednym z nich marzanka stoi na szczycie domu przy ulicy Michała. Co niezwykłe, w tym samym miejscu lalka pojawia się również dzisiaj.
To jeden z tych szczegółów, przy których lokalna historia przestaje być opowieścią o „dawnych czasach”. Nagle okazuje się, że to samo okno, ten sam zwyczaj i ta sama miejscowość łączą ludzi oddzielonych od siebie o ponad sto lat.
A gdzie w tym wszystkim marzołek?
Marzanka miała również swój męski odpowiednik – marzołka. Wykonywali go chłopcy. Nie była to jednak mała lalka, którą można było postawić w oknie.
Marzołek miał postać słomianej kukły wielkości człowieka, ubranej w poszarpane ubranie. Do kieszeni wkładano mu butelkę. Kukłę zawieszano na drzewie albo słupie.
Symbolika była bardzo konkretna: marzołek miał oznaczać życzenie wypędzenia pijaństwa ze wsi.
Dziś trudno wyobrazić sobie podobny komunikat wywieszony publicznie. Wtedy jednak zwyczaj był częścią lokalnego systemu symboli, za pomocą których mieszkańcy przekazywali sobie informacje, życzenia, ostrzeżenia czy komentarze dotyczące życia wspólnoty.
Zwyczaj, który prawie zniknął
Jak wiele dawnych zwyczajów, także marzanki zaczęły z czasem znikać. W XX wieku ich liczba stopniowo malała. W latach 90. w Starych Siołkowicach można było naliczyć zaledwie kilkanaście.
W 2016 roku Stowarzyszenie „Nasza Wieś Stare Siołkowice” postanowiło spróbować przywrócić tradycję. Mieszkańców poproszono o wykonanie i wystawienie marzanek oraz marzołków. Efekt przerósł oczekiwania – podczas pierwszej edycji pojawiło się około 30 instalacji. Kilka lat później było ich już 54.
Przerwa nastąpiła tylko w 2020 roku, kiedy pandemia uniemożliwiła organizację wydarzenia w dotychczasowej formule.
Dziś, w niedzielę poprzedzającą Niedzielę Palmową, siołkowickie okna znów stają się małą galerią lokalnej tradycji.
Barbie też może być marzanką
To, co szczególnie wyróżnia współczesną odsłonę zwyczaju, to ogromna swoboda mieszkańców.
Nie ma jednej obowiązującej twarzy marzanki. Jedna lalka wygląda jak z rodzinnego albumu sprzed kilkudziesięciu lat, inna przypomina Barbie. Są bobasy, lalki szmaciane i postacie inspirowane współczesną popkulturą.
Zmieniły się stroje, materiały i sposób ekspozycji. Zasada pozostała jednak ta sama – lalka ma pojawić się w przestrzeni wsi i przypomnieć o zwyczaju, który kiedyś był częścią życia niemal całej społeczności.
– Zależy nam na tym, aby ten zwyczaj nie pozostał jedynie wspomnieniem starszych mieszkańców – mówi Pascal Thomalla, obecny prezes Stowarzyszenia „Stare Siołkowice”. – Chcemy, żeby poznawały go również dzieci i młodzież.
Tym bardziej, że stał się częścią lokalnego kalendarza wydarzeń. Takie tradycje budują tożsamość naszej miejscowości i pokazują, że historia Starych Siołkowic jest wciąż żywa.
I właśnie tutaj współczesne marzanki zyskują nowe znaczenie. Nie muszą już wskazywać panny na wydaniu. Nie oceniają jej pracowitości. Nie są też sposobem na znalezienie męża. Są za to znakiem, że ktoś pamięta.
Historia zapisana w oknie
Z marzankami wiąże się również miejscowe podanie dotyczące wydarzeń poprzedzających Niedzielę Palmową. Według przekazywanej w Siołkowicach historii Jezus, uciekając przed żołnierzami, miał schronić się w jednym z domów. Żołnierze mieli otrzymać informację, że odnajdą Go tam, gdzie na domu znajduje się zielone drzewko.
Mieszkańcy mieli więc oznaczyć zielonymi gałązkami wszystkie domy. W ten sposób żołnierze nie byli w stanie odnaleźć właściwego miejsca.
Niezależnie od tego, ile historycznej prawdy kryje się w tym podaniu, pokazuje ono, jak lokalna społeczność tłumaczyła sobie własny zwyczaj i łączyła go z kalendarzem religijnym.
Marzanki pojawiają się przecież dokładnie wtedy, gdy zbliża się Wielkanoc.
Dzisiaj nie trzeba już wiedzieć, czy lalka w oknie oznacza pannę na wydaniu, czy pamięć o dawnej historii. Wystarczy przejść ulicą i zobaczyć, że zwyczaj nadal istnieje.
Bo dziedzictwo nie zawsze wygląda jak stary dokument w archiwum. Czasem ma sukienkę Barbie, stoi w oknie i patrzy na przechodniów.



Napisz komentarz
Komentarze