
Kiedyś było obowiązkiem, sposobem na przygotowanie wiana i okazją do sąsiedzkich spotkań. Dziś darcie pierza wraca jako żywa tradycja. W Kadłubie, Górkach, Dębskiej Kuźni, Schodni czy Pustkowie mieszkańcy – starsi, młodsi i dzieci – znów siadają przy stole, żeby nie zgubić zwyczaju, który przez lata był częścią codziennego życia.
Na Śląsku Opolskim darcie pierza ma wiele nazw. Mówi się o szkubaniu, podskubkach czy szkubaczkach. W Górkach, w gminie Prószków, zwyczaj nazywany jest po prostu darciem pierza. W Kadłubie mówi się o szkubaniu. Nazwy mogą się różnić, ale sens pozostaje podobny: wspólna praca, która nigdy nie była tylko pracą.
Wszystko zaczyna się od gęsi
Powrót tradycji zaczyna się od gęsi. W Górkach hoduje je już tylko jedna gospodyni, pani Basia. To dzięki niej rada sołecka zaprosiła mieszkańców do świetlicy, gdzie przez dwa i pół tygodnia niemal codziennie trwało darcie pierza.
– Jedna z mieszkanek wyhodowała kilka gęsi – wyjaśnia sołtys Justyna Szmechta. – Pomyśleliśmy, że warto zostawić te pióra i zaprosić dzieci, młodzież i dorosłych do darcia pierza. Jest to okazja do integrowania się mieszkańców wsi i zarazem przypomnienia zanikających tradycji.
To dobry przykład tego, jak tradycja może wrócić do miejscowości. Nie potrzeba do tego wielkiej sceny ani rekonstrukcji dawnej wsi. Wystarczy materiał, wiedza i ludzie, którzy chcą usiąść przy jednym stole.
W Kadłubie sytuacja jest nieco inna. Tam gęsi nadal hoduje kilka rodzin. Gabriela Puzik, sołtys miejscowości, tradycję wyniosła jeszcze z rodzinnego domu w Boryczy.
– W rodzinnym domu w Boryczy, za czasów babci już skubano pierze, bo gęsi hodowali na posesji wszyscy, więc po zabiciu szkubało się pierze na pierzyny i poduszki na wiano. W 1973 roku zamieszkałam w Kadłubie i też chowałam gęsi – osiem, dziesięć sztuk. Trzy razy w roku podskubywało się gęsi: w czerwcu, lipcu i wrześniu, kiedy pierze jest dojrzałe. Jeśli się gęsi nie podskubie, ptaki tracą pióra, bo taka jest ich natura.
Dawniej sąsiadki chodziły od domu do domu, pomagając gospodyni, która miała zgromadzone pierze. Puch trafiał do lnianych lub papierowych worków, zabezpieczonych żywicznymi „szczypkami”, żeby nie zalęgły się mole. Jesienią zabijano gęsi na św. Marcina, a pierze z „zabitek” suszono i odkładano na zimowe szkubanie.
– Od 1994 roku szkubiemy pierze wspólnie w sali Domu Strażaka. Panie przynoszą swoje worki, siadamy razem i robimy to tak, jak dawniej. Na koniec jest „fejderbal”, czyli święto koducha. Dawniej piekło się kreple, a teraz smażymy oponki z miejscowego sera według przepisu pani Eli.
W jej opowieści jest cała dawna wieś: praca, wzajemna pomoc, przygotowanie wiana, a na końcu świętowanie. I właśnie dlatego tradycja w Kadłubie trwa – bo nadal łączy ludzi przy jednym stole.
Pierze na wiano
Dawniej pierze miało ogromną wartość. Z gęsi przygotowywano wypełnienie pierzyn i poduszek, które były częścią wiana. Nie dało się ich przygotować w jeden wieczór. Na jedną pierzynę potrzeba było około sześciu kilogramów puchu, na poduszkę – dwóch i pół. Kobiety spotykały się więc przez wiele dni. Gospodyni, która miała zgromadzone pierze, mogła liczyć na pomoc sąsiadek. Kiedy praca została wykonana, kobiety przenosiły się do następnej gospodyni. Darcie pierza było systemem wzajemności, ale też przestrzenią rozmów, śpiewu i przekazywania historii. Stąd wzięło się powiedzenie „gołdka jak przi piyrzu”.
Maria Kwiecińska z Dębskiej Kuźni pamięta te spotkania jeszcze z dzieciństwa.
– Był to wyjątkowy czas, kiedy kobiety mogły spotkać się w swoim gronie i choć na kilka godzin uwolnić się od domowych obowiązków – mówi Maria Kwiecińska. – Miały te trzy, cztery godziny, kiedy mogły porozmawiać, pośpiewać i po prostu spędzić czas razem. W jednym domu darcie pierza odbywało się przez kilka dni. Potem panie przenosiły się do kolejnego domu. Pamiętam, że jako dzieci uwielbiałyśmy siedzieć pod stołem i słuchać, o czym rozmawiano. Opowiadano wtedy ciekawe historie, a my słuchałyśmy ich z wypiekami na twarzy.
„Nie otwieramy nawet okien”
Przy pierzu obowiązywały też konkretne zasady. Najważniejsza: trzeba było uważać, żeby puch nie uciekł.
– „My to nawet okien nie otwieramy, żeby nie było przeciągu, bo wiatr by szkód narobił, a sprzątania by było na dwa dni” – twierdzi Gabriela Puzik.
Kto choć raz widział przygotowywanie pierza, łatwo może sobie wyobrazić, dlaczego. Delikatny puch potrafi znaleźć się wszędzie. A skoro nic nie powinno się zmarnować, wykorzystywano również resztki. Maria Kwiecińska z Dębskiej Kuźni opowiada, że z tak zwanych koduchów powstawały „koduśniki”.
– Są to takie twarde poduszki, np. pod nogi, czy ozdobne – tłumaczy.
Wspólna praca miała też swój finał. Był nim „fejderbal”, czyli „święto koducha”. Kończył się czas pracy, a zaczynało świętowanie. Dawniej na stole pojawiały się kreple, kołocz, gotowana kiełbasa, sałatka ziemniaczana i napoje. Były tańce, muzyka i żarty.
W Kadłubie tradycja zakończenia szkubania również przetrwała, choć dostosowała się do współczesności. Zamiast dawnych krepli od kilku lat smaży się oponki z miejscowego sera według przepisu pani Eli.
Zanikła potrzeba, nie zniknęła pamięć
Darcie pierza zaczęło tracić znaczenie, kiedy zmienił się sposób życia na wsi. Pierzyny przestały być koniecznym elementem wyprawki, pojawiły się łatwo dostępne syntetyczne materiały, a hodowla gęsi przestała być powszechna. Wraz z tym zniknęła również potrzeba organizowania wielodniowych spotkań przy pierzu. Ale sama tradycja nie zniknęła całkowicie.
W Kadłubie od 1994 roku wspólne szkubanie odbywa się w sali „Domu Strażaka”. Od 2007 roku mieszkanki zapraszają na nie lokalne media. Od 2012 roku tradycja jest również częścią szerszej działalności związanej z projektem „Kadłub – muzeum bez murów”. Wyremontowana kadłubska zagroda stała się miejscem, w którym można zobaczyć, czego dotyczyło dawne życie, nauczyć się czegoś o lokalnych zwyczajach i poznać tradycyjne produkty.
W Dębskiej Kuźni pierwsze wspólne darcie pierza zorganizowano około dwudziestu lat temu. Początkowo spotkania odbywały się w szkole, dzięki czemu mogły je obserwować również dzieci.
Podobne inicjatywy pojawiają się w kolejnych miejscowościach. W Schodni Stowarzyszenie „Razem dla Schodni” po raz kolejny zorganizowało darcie pierza. W wydarzeniu uczestniczyło 50 osób – tyle, ile mieściło miejsce spotkania. Zainteresowanie było większe, niż pozwalały możliwości organizacyjne.
W tym roku do tradycji wróciło również Stowarzyszenie Rozwoju Wsi Pustków. Zorganizowane spotkanie było okazją nie tylko do wspólnej pracy, lecz także do rozmów i przypomnienia zwyczajów, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu były zwyczajnym elementem życia mieszkańców.
Darcie pierza odbywa się także w gminie Łubniany. W Masowie spotykają się między innymi panie z Koła Wiejskiego „Dziouchy z klasą” oraz seniorki z Dziennego Domu Pobytu w Biadaczu.
Tradycja nie musi wyglądać jak dawniej
Dziś nie chodzi już o to, by każda gospodyni hodowała gęsi i przygotowywała wiano. Zmieniły się warunki życia i potrzeby, ale przy wspólnym stole nadal można zrobić to, co dawniej: usiąść obok siebie, pracować, rozmawiać i słuchać starszych. W tym właśnie tkwi wartość powracających szkubek. Dziecko, które dziś pierwszy raz bierze pióro do ręki, nie musi zostać hodowcą gęsi - ważne, że wie, skąd wzięła się pierzyna, czym były podskubki i dlaczego na koniec urządzano fejderbal.
Może usłyszeć śląskie słowo, poznać historię miejscowości od kogoś, kto ją pamięta, zobaczyć, że tradycja nie jest eksponatem w gablocie. Bo darcie pierza przetrwało dzięki ludziom. W Górkach zaczęło się od kilku gęsi, w Kadłubie trwa dzięki kobietom przekazującym umiejętność, w Dębskiej Kuźni wraca jako wspomnienie, w Schodni i Pustkowie staje się wydarzeniem dla całej społeczności, a w Masowie łączy kolejne pokolenia.
Pierze jest tylko początkiem. Najważniejsze jest to, co dzieje się wokół: rozmowa, pomoc, wspomnienie, śląska godka, wiedza przekazywana bez podręcznika. Dlatego szkubki wracają - nie po to, by odtworzyć dawną wieś, lecz by ocalić to, czego nie zastąpi żadne jednorazowe wydarzenie. Był czas dla drugiego człowieka. I przy jednym stole nadal może być.



Napisz komentarz
Komentarze